Kolejna niedziela spędzona na odkręcaniu słoików z zapasowym czasem. Czasem, który miał być spożytkowany na tyle innych, fascynujących rzeczy jak introligatorstwo artystyczne, szydełkowanie koców i naukę podstawowego lalkarstwa. Tymczasem staram się znaleźć jakiś sens w tonach późnośredniowiecznych zbroi. Datować hełmy. Klasyfikować typologicznie. W liceum by mnie to bawiło. Ale miałam iść na Politechnikę. Budować maszyny. Programować maszyny. Działać maszyny. Chodziłabym w sztucznej brodzie i nigdy nie rzuciłabym palenia fajki.
W wieku lat 28 mam pierwsze poważne zderzenia z rzeczywistością. Najpoważniejsze jak dotąd. Od dzieciństwa otaczałam sie ludźmi względnie rozumnymi. Z pasją. Rodzice uczyli mnie czytać książki, słuchać muzyki, rozróżniać typy samolotów z II wojny światowej, oglądać i rozumieć klasyczne czarno-białe kino, interesować się rzeczami, rozmawiać. To normalne, że po obejrzeniu "Grawitacji" zadzwoniłam do mojego ojca i przez pół godziny dyskutowaliśmy nad tym, jakim trzeba być kretynem, żeby wypuścić bohatera w przestrzeń kosmiczną w kombinezonie typu Sokoł, skoro każdy przecież wie, że był to standardowy kostium do noszenia wewnątrz Sojuzów.
Tak, jestem histerykiem sztuki.
Tak, gdybym mogła, to bym poleciała.
Przez trudny proces edukacji dorastania z dzieciakami ludzi, którzy przeważnie mieli więcej pieniędzy niż rozumu, udawało znaleźć mi się zawsze kilka osób, z którymi można było na jakiś temat porozmawiać. Z którymi można było dzielić się przemyśleniami. Nawet jeżeli były to przemyślenia na temat pulpy Ziemiańskiego czy Piekary, którą przeczytałaś w wieku lat 13 i trochę skrzywiło ci to psychikę na zawsze. W liceum też byli ludzie z pasją - do rysowania, fotografii, chodzenia do Dyskusyjnych Klubów Filmowych, gdzie na rozpadającym ekranie puszczali Jima Jarmusha, włóczenia się po torach kolejowych i dyskutowania o filozofii. Byliśmy, można powiedzieć, wizjonerami. Na swój szczeniacki sposób, oczywiście. A potem studia, wieczory spędzane na wyczytywaniu Vonnegutta w kawiarniach, którym jeszcze się nie śniło o wprowadzaniu zakazu palenia. Czarne kawy przegryzane paczkami Pall Malli. Nocne melanże z gitarami, zbyt dużą ilością wódki i dyskusjami o wszystkim. Ludzie, który inspirowali i chcieli być inspirowani. Ludzie o własnych poglądach bez hasztagów. Ludzie, który szli na imprezę i gubili buty. Byłam jednym z nich.
A teraz praca. Praca dla małp w garsoneczkach z Zary, w kołnierzykach wyłożonych na sweterki w serek. Jak musi być wspaniale pusto i przestrzennie w tych ich głowach bez zainteresowań, gdzie najważniejsze są ostatnie plotki, restauracje dla turystów i podróże last minute, na które nawet nie zabierają książek. Ludzie, z którymi nie możesz pożartować, bo nie wyczuwają niuansów, nie mają wiedzy, która pozwalałaby im zrozumieć dowcip. Ludzie, którzy do Londynu jeżdżą na wyprzedaże w Primarku, a nie na wystawy haftu średniowiecznego i marynarek Johna Lennona.
Oto mój problem. Zawsze czułam szacunek tylko wobec ludzi, którzy mieli wiedzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz